wtorek, 17 lutego 2015

Leżajski sztetl

Mało jest Polaków znających życie Żydów. Tradycje, rytuały religijne, kultura żydowska jeszcze do niedawna były zupełnie mi obce. Dopóki nie wyszłam za mąż. Przez ćwierć wieku, mieszkając w Leżajsku nie miałam pojęcia o roli społeczności żydowskiej w moim rodzinnym mieście. Dopiero kiedy wyszłam za mąż, zaczęłam widywać przyjeżdżające z całego świata grupy odzianych w czarne płaszcze, z kapeluszami na głowie chasydów żydowskich. Przyjeżdżali modlić się gorliwie na grobie cadyka, przywozili ze sobą małe, kolorowe karteczki z prośbami o pomyślność dla siebie i bliskich. Nie rozumiałam ich historii i kultury. Chciałam poznać ich dzieje. Zaczęłam zgłębiać moją wiedzę sięgając po przewodniki, rozmawiając z Żydami, surfując po Internecie. 
Wiele pomogła mi w tym moja teściowa- Janina Ordyczyńska, opowiadając o obyczajach i tradycjach leżajskiego sztetl. Czy była obiektywna w swoich opowieściach nie będąc Żydówką? Trudno powiedzieć. Nie mniej jednak próbowała przekazać mi aromat tamtego życia w sposób bardzo interesujący.

Janina Ordyczyńska wychowywała się z dziećmi żydowskimi na wspólnym podwórku. Jedynie ona i jej brat Marian umieli w mieście porozumiewać się w jidysz. Zlepiłam te wszystkie zasłyszane opowieści i chciałabym przekazać je innym.


Sztetl

Przed wojną w Polsce mieszkało ponad trzy miliony Żydów. Zamieszkiwali wielkie przemysłowe miasta i maleńkie jak łupinka orzeszka miasteczka. Szczególnie te ostatnie były niezwykle malownicze.

Miasteczko to po żydowsku sztetl. Wielu znanych rabinów, pisarzy i malarzy wychowało się w sztetl. Dziś możemy jedynie czytać ich książki i oglądać obrazy ukazujące te maleńkie miasteczka "gdzie szewc był poetą, a zegarmistrz filozofem.

Każdy szanujący się sztetl musiał posiadać kilka niezwykle ważnych żydowskich instytucji. Żydzi musieli się gdzieś modlić - potrzebna wiec była synagoga, przez polskich Żydów często nazywana po prostu szui. Należało gdzieś kształcić małe dzieci - taka żydowska szkoła podstawowa nazywała się cheder. Trochę większe dzieci szły do Talmud Tora, zaś młodzieńcy chcący być bardzo biegłymi w naukach religijnych uczęszczali do wyższej uczelni zwanej jesziwą. W miasteczku musiał być oczywiście sklep z koszernym mięsem i innymi artykułami. Był też zawsze jakiś mały skład koszerno-kolonialny, w którym np. na Sukot można było nabyć egzotyczny etrog. Była mykwa - tj. łaźnia rytualna. Musiał być sojfer czyli pisarz tekstów świętych, który przepisywał Torę i zaopatrywał mieszkańców sztetl w mezuzy.

Przed II wojną światową Leżajsk liczył 5 tysięcy mieszkańców, w tym 3 tysiące Żydów, 1,5 tysiąca Polaków i około 500 Ukraińców.
Od końca XIX wieku społeczność żydowska zaczyna się różnicować. 
W żydowskim systemie wartości wiedza, mądrość i dobre uczynki zajmowały miejsce naczelne. Jednak wpływ kultury europejskiej, wyzwania nowoczesnej cywilizacji, rozwój kapitalizmu stały się powodem porzucenia dotychczasowego getta kulturowego, jakim był bez wątpienia sztetl. 
Zerwano z dotychczasową izolacją. Ścierali się ze sobą zwolennicy postępu i modernizacji z obrońcami tradycji i niezmienności.
Społeczność żydowska w Leżajsku podporządkowana była szczególnie rygorystycznym przepisom religijnym jakie narzucał swoim wyznawcom chasydyzm.
Elimelech był twórcą doktryny zwanej cadykizmem, określającej rygorystyczne 
egzekwowanie norm żydowskiej egzystencji, chroniąc ją szczelnym murem przed wpływami zewnętrznego świata. Dzięki niemu ludność żydowska przekształciła się w charakterystyczny typ wspólnoty zwanej sztetlem. Niedostępna dla wpływów zewnętrznych, wytworzyła własny system wartości, kulturę, obyczaj i tradycję przekazywane z pokolenia na pokolenie. Sztetl rządził się swoimi własnymi prawami.

Polacy sprawowali władzę administracyjną, ale Żydzi zawiadywali gospodarką miasta. Handel był w rękach Żydów. Ze względów religijnych musieli mieć swoje koszerne piekarnie, rzeźnie.

Żyli skromniej, oszczędniej niż Polacy. Umieli schlebiać swoim kapryśnym klientom, a ich grzeczność, solidność i terminowość przysparzała im klientów i pomnażała ich majątek. Żydzi mieszkali w kamienicach, a Polacy w suterenach. To rodziło antysemityzm. 
Podziwiałam gorliwie modlących się godzinami chasydów u grobu cadyka, porównując z pobożnością katolików. Mężczyźni odziani w czarne płaszcze przepasane tałesami, z jarmułkami na głowie zatopieni głęboko w modlitwie nie zwracają absolutnie uwagi na to co dzieje się obok. Pobożni chasydzi wyjmują z aksamitnych woreczków białe szale, tałesy, w czarne i srebrne pasy, zakładają je do świątecznej modlitwy, ucałowawszy cycesy zwisające z czterech rogów. Chasydzi w ogromnych futrzastych czapach- zwanych sztrajmle (sztrejml). Niektórzy kroczą w białych skarpetach. Pejsy, zgodnie z zasadami skręcone ciasno zakładają poza uszy, a koniec brody również zawinięty, zgrabnie podwijają pod spód. Twarze w czasie modlitwy mają radosne i rozpromienione.

Oddają się Bogu sercem, umysłem i wolą. Znakiem tego jest tefilin — małe, sześciokątne, czarne pudełko, z cytatami z Pięcioksięgu, spisanymi na pergaminie i ukrytymi wewnątrz. Jedno z nich przytwierdzają do czoła, a drugie do lewego ramienia: tefilin wkładają Żydzi na czas modlitwy porannej. — Skórzane wiązadła przeplatają wokół palca lewej dłoni tak, by rzemyk tworzył kształt hebrajskiej litery „szin". Żeby połączony był mózg i serce.

Co jakiś czas milkną, a po chwili chórem odpowiadają zawodzącemu kantorowi, kiwając się głęboko w pokłonach. Kiedy modły się kończą, wszyscy zdejmują sztrejml i nakładają tałesy, zasłaniając twarze.

W czasie modlitwy cadyk odprawia kidusz - błogosławieństwo wina. Potem modli się nad słodkim ciastem, po czym rozdaje po kawałku wszystkim dookoła, radując się "rozdawaniem chleba".

Na koniec piją koszerną wódkę, wznosząc toast "lechaim!"-"pijmy za pomyślność" i tańczą śpiewając radosne pieśni.

Kobiety modlą się osobno. Starsze w perukach, nakrywając głowy chustami, chowają twarze w modlitewnikach. Modlą się w skupieniu, z zamkniętymi oczami. Modlitwa przerywana jest śpiewem. Ubrane są w ciemne sukienki i płaszcze. Suknie z długim rękawem, zapięte pod szyją. Widoczne mogą być tylko dłonie i twarz.

Kiedy przyjeżdża cadyk, główny rabin Izraela, Ukrainy, czy Węgier - wśród chasydów widać znaczne poruszenie. Bliskość tak znacznej osoby jest dla chasydów wspaniałym przeżyciem. Grupka chasydów zazdrośnie ochrania swojego mistrza. Niejeden chciałby go dotknąć, ale nie każdy może dostąpić takiego szczęścia. Rebe okrywa głowę białym tełesem ze srebrnymi, haftowanymi w bogate wzory brzegami. Tłum śpiewa, kiwając się głęboko w pokłonach, niektórzy wykonują zwroty całym tułowiem, inni wznoszą oczy do nieba, cały tłum faluje, porusza się, melodia wibruje w powietrzu, modlący się zawodzą radośnie, twarze mają rozpromienione. Po chwili śpiew wiernych ustaje i rozlega się cicha modlitwa cadyka. Śpiewa słabym głosem, modlitwa jest krótka i za chwilę robi się zamieszanie, chasydzi tłoczą się wokół cadyka, który już ubrał lisiurę i zmierza do wyjścia. Idzie powoli. Większość chasydów wylega na zewnątrz, szuka dogodnego miejsca, z aparatami fotograficznymi w ręku, czekają na okazję uwiecznienia na fotografii zacnego rabina. Tłum chasydów wyciąga rozpaczliwie ręce, by dostąpić zaszczytu dotknięcia mistrza. Miałam okazję, jako jedyna kobieta stanąć twarzą w twarz z cadykiem, zrobić mu zdjęcie, nie przejmując się tłumem chasydów odganiających mnie od niego.

Do Leżajsk pielgrzymują chasydzi z całego świata, by mieć okazję wspólnie się pomodlić, zasiąść do stołu, gdy cudotwórca dzieli chleb w dzień szabasowy, posłuchać jego słów, rad, dotknąć jego szat. Otacza go sława własnych dokonań i mądrość.

Chłopcy jednakowo odziani w długie, ciemne płaszczyki, kroczą poważnie w myckach obok nieco większych braci w kapeluszach i ojców odzianych w wielgaśne, futrzane sztrajmłe.

Niejeden Żyd marzy o posiadaniu klucza do leżajskiego kirkutu. Chciałby mieć chociażby jego atrapę, jako symbol łączności ze skrawkiem tej ziemi, dla której tysiące Żydów przemierza tysiące kilometrów, by oddać cześć Elimelechowi i by prosić Go o wstawiennictwo u Najwyższego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz